CZYTELNIA,  MEDIACJE,  MENTORING & COACHING

Dlaczego tak lubimy układać innym życie?

Od najmłodszych lat byliśmy sterowani mniej lub bardziej, obserwowaliśmy także sterowanie i cudzym życiem, przez innych. Jak się rozejrzeć wokół, nadal powszechne jest ingerowanie w cudze życie, udzielanie rad, wskazówek, nierzadko autorytarnym tonem, wspieranym gestykulacją, wymownymi minami. Równie często słyszeliśmy, wciąż słyszymy dezaprobatę lub krytykę dla naszych, odmiennych poglądów, planów, pomysłów. Że to dla dobra i ochrony przed złem tego świata.

Doświadczeniem wielu z nas, pośrednio lub bezpośrednio, było nakłanianie do określonych decyzji, zachowań, bo ktoś inny wiedział lepiej od nas samych, co było dla nas dobre, najlepsze. I że to dla naszego dobra i dla naszej ochrony. Ale stwierdzamy prędzej czy później, że powielamy, a wręcz wzmacniamy te schematy działania. W życiu osobistym i w życiu zawodowym. Jak to się ma do komunikacji bez przemocy? No ma się nijak.

Jeśli naprawdę zechcemy, jesteśmy w stanie dać prawdziwą wolność, swobodę w podejmowaniu decyzji, szczególnie bliskim nam ludziom. Pozwolimy naszym bliskim wziąć na siebie odpowiedzialność za siebie, za dokonywane wybory i uszanujemy każdą decyzję, nawet tę, która może w naszym odczuciu jest skazana na brak sukcesu.

Trudno jest wyzbyć się „wciskania” swoich 5 groszy w niemal każdą sprawę dotyczącą swojego, często już pełnoletniego dziecka/dzieci, swoich bliskich, przyjaciół, znajomych, swojego partnera życiowego. Lubimy wypowiadać się, często nieproszeni, co byśmy zrobili na miejscu bliskich nam osób, ale i tych mało znanych nam ludzi a nawet tych zupełnie nieznanych.

Jak trudno nam odpuścić, zaakceptować fakt, że każdy ma prawo żyć tak jak chce, że nasze dziecko również ma prawo podejmować – w granicach adekwatnych do wieku – decyzje dotyczące siebie, choćby dotyczące tego, że jak jest głodne, to woli zjeść ciepłą zupę, a nie kotlet schabowy z kapustą. Kiedy jest zmęczone, potrzebuje snu a nie parku linowego czy przejażdżki na rowerze z mamą, która chce przy okazji zrobić fotki i wrzucić na swoje profile, czy że dzisiaj syn założy do przedszkola zieloną bluzę z krokodylem a nie sprezentowany przez babcię „gryzący” czerwony sweter, czy że dzisiaj córka poprosiła o warkoczyk i że nie chce znów koczka z kokardą, która tak mamusi się podoba. Albo, że syn nie chce trenować piłki nożnej, że nawet nie lubi oglądać, tak jak skoczków narciarskich, mimo, że tata jest zagorzałym kanapowo-fotelowym kibicem wszelkich sportów w TV, z podręcznym zestawem (szalik, pilot, piwo, chipsy). Za to syn woli chodzić na lekcje gry na perkusji albo woli posłuchać muzyki albo obejrzeć program popularnonaukowy. Że córka, która marzy o tańcu albo o aktorstwie, nie chce iść na medycynę, bo jej brat tam studiuje i nie chce być kolejną kalkulującą na chłodno kobietą sukcesu, z oczekiwanym w biznesie męskim stylem bycia, nie chce przyjmować poddańczej postawy w strukturach korporacji ani brać udziału w rozgrywkach, ona chce być sobą, prawdziwą, emocjonalną kobietą, chce robić to, co jej sprawia prawdziwą radość, przyjemność, co ma głębszy sens i jest w zgodzie z nią samą.
Rozdmuchiwane ego, walka za wszelką cenę o uwagę, sukces, focus na status materialny i konsumpcjonizm, ciągłe udoskonalanie swojej powłoki, tak promowane wokół, życie w glorii chwały, konieczności osiągnięcia sukcesu w każdej dziedzinie życia, nie wydają się być najlepszymi kierunkowskazami. Jak pokazuje życie wielu tych ludzi sukcesu, tak od kuchni, prawdziwego szczęścia, poczucia spełnienia w życiu nie zaznali, o czym sami opowiadają.

Pozwólmy dzieciom cieszyć się dzieciństwem, pozwólmy im rozwijać się najpiękniej jak to możliwe, pozwólmy im radośnie odkrywać świat, rozwijać ich talenty, jeśli one chcą, nie my. Pozwólmy im podążać za ich pomysłami, pragnieniami, potrzebami, towarzysząc im obok, wspierając, tłumacząc nasze postrzeganie różnych spraw, jeśli zapytają, zaznaczając, że to jest tylko nasza perspektywa, nie strasząc, ochraniając przed każdym potencjalnym potknięciem, nie kwestionując każdej decyzji podejmowanej przez nasze dzieci. Pozwólmy im również popełniać błędy, by miały świadomość, że to one mają przede wszystkim decydować o sobie, walczyć o siebie, gdy jest taka okoliczność, że to one mają doświadczać różnych sytuacji, by odszukać w tłumie siebie, swoje miejsce i swój cel w życiu. Narzekamy na niedojrzałość czy niemęskość mężczyzn, brak kobiecości w dawnym znaczeniu tego słowa, na powierzchowne, lekkie, instrumentalne relacje, wyrachowanie, wygodnictwo życiowe, unikanie stawiania czoła pracy własnej nad sobą, nad swoimi emocjami itp. Dzieci nas słuchają, obserwują. Ponadto pamiętajmy, nikt z nas nie ma patentu na nieomylność, najlepsze wróżki także.

Nawet, jeśli dziecko doświadcza rozczarowania, potknięcia, nawet jeżeli dozna przykrości, przegranej w jakimś zdarzeniu, to może takie doświadczenia były/są potrzebne, wręcz niezbędne, by mogło wyciągnąć naukę z własnej lekcji życia, by móc się rozwijać. Dzieci wchodząc w dorosłe życie niech uczą się samodzielności, tego, że życie to nie jest piaskownica, w której na zawołanie dostaną foremkę, grabki, że zawsze mama czy tata pomoże zrobić babkę z piasku a jak ktoś będzie niedobry dla dziecka w otoczeniu, to dziecko ma zawsze osobistą ochronę w postaci mamy lub taty. Obdarzenie zaufaniem, zaoferowanie wsparcia, otwartość serca, pełnia akceptacji ale i pozwolenie na własne doświadczanie życia, nauczenie się przez dorastające dzieci poruszania się w nim, są nie do przecenienia.

Pozwólmy dzieciom stawać się samodzielnymi w podejmowaniu decyzji, by jako dojrzali ludzie chcieli i umieli radzić sobie w bliższej i dalszej przyszłości z różnego rodzaju przeszkodami, sprawdzianami życia, których doświadczaliśmy i doświadczamy wszyscy, dzięki którym mamy szanse się rozwijać, radzić sobie w życiu.

Przyzwolenie na wolność drugiej osoby z jednoczesnym widzeniem siebie, swoich pragnień, granic bywa trudne, wymaga ćwiczeń, praktyki, dojrzałości, przede wszystkim dobrej woli. Zwłaszcza, gdy jesteś rodzicem i chcesz oddać odpowiedzialność swojemu dziecku.

Jako rodzice, mamy w sobie wiele miłości, troski, czasem graniczącej z atakami paniki, histerii. I pojawia się wątpliwość, pytanie kwantowe, jakby to było ofiarować dzieciom wolność, wsparcie pełnego wykorzystania ich potencjału, talentów. Jakby to było móc dostrzec i uszanować, że każdy z nas jest inny, że nasze dzieci wcale nie muszą być do nas podobne, że wcale nie muszą iść drogą mamy coacha, joginki, tancerki, businesswoman czy ekspedientki w sklepie, taty prawnika, lekarza czy mechanika samochodowego, babci malarki, księgowej czy pielęgniarki, dziadka ekonomisty, wykładowcy czy policjanta, utalentowanej muzycznie lub wokalnie cioci albo wujka pilota, architekta czy kucharza.

To, że mama idąc za modą praktykuje publikowanie swojego życia w sieci, nie oznacza, że dziecko ma to praktykować. Bez publicznego prezentowania siebie światu, bez lajków, ochów i achów, jest doskonałe, pełnowartościowe. To, że tata jest/był hazardzistą albo miał problem z alkoholem czy narkotykami albo fakt, że mama zostawiała rodzinę, by realizować siebie zawodowo tudzież w innej sferze życia czy gdy miała problem z prawem albo moralnością, nie oznacza, że dzieci są „skazane”, by podzielić los swoich rodziców czy dalszych członków rodziny. Mogą żyć zupełnie inaczej. Mogą żyć pięknie po swojemu, podążając z ufnością, wiarą w siebie za głosem swojego serca. Mogą być szczęśliwe i niech tak się dzieje. Wspierajmy. Nie programujmy. Nie traktujmy swoich dzieci jak trofeów, medali, pucharów, którymi chcemy się chwalić, by podnieść swoją samoocenę, poczucie własnej wartości.

Dzieci mają prawo same decydować o swoich wyborach życiowych. My, jako opiekunowie, tak bardzo chcemy dzieciom dać wszystko co najlepsze według nas, poza poradami, niezliczonymi bodźcami dodatkowymi (o ile rodziców stać) jak podróże w egzotyczne zakątki świata z kilkumiesięcznymi dziećmi, prywatne przedszkola z wieloma zajęciami, językami, prywatne szkoły, parki rozrywki, zajęcia taneczne, sportowe, rozwojowe, warsztaty plastyczne, artystyczne, kursy języków obcych, szybkiego pisania, czytania, no i gadżety, markowe ciuchy, dodatki itp.

Czego uczymy nasze dzieci? Czy faktycznie dziecko tego wszystkiego potrzebuje dla wewnętrznego wzrostu i poczucia własnej wartości? Czy to wszystko jest niezbędne dla dziecka? Czy to uczyni je szczęśliwym, samodzielnym? Czy dziecko ma szansę wypowiedzieć się, co ono chciałoby robić, co mu się podoba, co czuje? Czy my zawsze wiemy lepiej? Czy raczej wydaje się nam, że dziecko tego akurat potrzebuje? Dodatkowo media, kreatorzy konsumpcyjnych „potrzeb” i odpowiedzi na nie, wmawiają, czego dzieciom, czego nam brak do szczęścia, do pełni życia.

A jak często rozmawiamy uważnie z dziećmi? Czy naprawdę je słyszymy, a jeśli tak, na ile otwarcie rozmawiamy z dziećmi i wiemy, czujemy, czego tak naprawdę dzieci potrzebują, co możemy im dać od siebie, jak wesprzeć, szanując w pełni indywidualizm dzieci, ich wybory?

Bardzo trudno jest odejść od nawykowego kontrolowania, sterowania, mówienia, pouczania, jak żyć w kierunku towarzyszenia, bycia obok, a nawet o krok z tyłu a nie o krok z przodu. Pozwólmy dzieciom usamodzielniać się, uniezależniać, dojrzewać emocjonalnie, hartować się, podejmować decyzje przede wszystkim.

Mamy świadomość, że w kontroli nie ma miejsca na otwartość, życzliwą ciekawość (nie mylić ciekawości ze wścibstwem). Przy kontroli pojawia się presja, nakaz, zakaz, rozkaz – krótka smycz – władza. I mimo, że będąc na swój sposób pełnymi miłości, postępujemy w taki sposób, nie ma to żadnego związku z postawą bez przemocy.

Nie trzeba bić dzieci, by traktować je przemocowo. Nie trzeba używać słów powszechnie uznawanych za obelżywe, by poniżyć drugiego człowieka. Przemocą jest, gdy strzelasz focha, bo ktoś ma inny pomysł, inną wizję niż ty. Bo ktoś wymyślił inną drogę dla siebie, niż ty wymyśliłaś dla niego. Gdy wykłócasz się o swoją rację. Gdy non stop kontrolujesz albo dyrygujesz, by wszystko szło po twojej myśli, a ty tłumaczysz, że tak ma być, bo ty wiesz, czujesz, że to jest najlepsze i jedyne słuszne rozwiązanie. Narzucasz albo manipulujesz forsując swoje poglądy, pomysły, wybory, decyzje. Często tłumacząc, że to imię miłości.

Przemocą jest także to, gdy nie szanujesz siebie. Gdy nie słuchasz sygnałów swojego ciała, gdy zagłuszasz je, wypierasz, bagatelizując lub stosując przeciwbólową chemię, by uśmierzyć dolegliwości. Kiedy w imię potrzeb, (naj)ważniejszych zaniedbujesz inne potrzeby, najczęściej dotyczące ciebie samej, twojego samopoczucia, nie dając sobie czasu na refleksję, głębszy oddech, zatrzymanie, na prawo wyboru. Jakże często poświęcasz siebie dla innych, nie patrząc na siebie. A potem dopada cię poczucie rozczarowania, zawód, że nie docenili tego poświęcenia, zaangażowania.

Mówimy, że nie mieliśmy, nie mamy wyboru. Prawda jest taka, że wybór jest zawsze, tylko nie zawsze chcemy, z różnych przyczyn, zwrócić uwagę na opcje, które mamy w zasięgu oka czy dłoni. Łatwiej tkwić w roli ofiary.

Zatrzymawszy się w tym, w czym tkwimy czas jakiś, warto wsłuchać się w siebie, zastanowić się, co jest dla mnie teraz ważne, a co ważne dla innej osoby.

Życie bez przemocy – to serce, w którym jest tylko miłość, zaufanie, ciekawość drugiego człowieka. Nie ma tam cienia własnych pomysłów, strategii, intryg, walki, żali, fochów. Odklejasz się od tego, z czym przybyłeś, przyszłaś i możesz otworzyć swoje serce na drugą osobę. Z dziecięcą ciekawością, ufnością. Pamiętając o sobie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *