Coaching,  CZYTELNIA

Program – kochać to cierpieć

 

Są osoby, dla których miłość to przede wszystkim cierpienie. Znoszą obojętność, poniżanie, nierzadko karczemne awantury, także przemoc fizyczną, materialną, ciągnące się tygodniami tzw. ciche dni, mijanie bez kontaktu wzrokowego. Cisza dzwoni w uszach. Czasem prowokują takie zachowania, świadomie lub nie.

Są osoby, którym się wydaje, że mogą zmienić utrudniające życie cechy charakteru i zachowania partnera, że go uzdrowią. W związku są nieszczęśliwe, a poza związkiem praktycznie nie istnieją albo wręcz przeciwnie, brylują w świecie zawodowym. Prywatnie tkwią w skomplikowanej relacji. Wydaje im się, że nie warto z tym nic robić, za dużo zamieszania, albo uznają, że nic z tym nie można zrobić, a jednocześnie, przychodzą myśli, że już dłużej tak być nie może.

Przykład z życia wzięty.
Ona zapłakana, relacjonuje poczynania męża. Mówi, jak okropnie ją traktuje, że jeśli się odzywa, to zazwyczaj przez zęby cedzi zdania. Że interesują go wyłącznie jego znajomi, jego praca, jego rozrywki. Gdy się rozchorowała, bo klimatyzacja w jego aucie ją załatwiła, mimo, że prosiła, by wyłączył, powiedział, że ona znów użala się nad sobą, zaniedbuje dom i jego. Że skoro on utrzymuje dom (płaci rachunki za dom, prąd i wodę), to ona ma chodzić jak w zegarku. Nieważne, że ona również pracuje, zarabia, kupuje wszystko co potrzebne do domu, dba o dzieci, o niego także, opłaca dzieciom zajęcia dodatkowe, szkoły, rozrywki. On stwierdził, że użala się nad sobą, że angina to nic poważnego. Poirytowany uznał, że musi wyjechać i odpocząć, bo ona go zdenerwowała. Spakował walizkę i pojechał na weekend na Mazury do SPA.
Pod choinkę dostała komplet noży do kuchni, bo te co są, to jakieś tępe, jak powiedział. Ona kupiła mu nowy komputer, gdyż od miesiąca denerwował się, że ten stary jest do niczego, nie może grać w swoje ulubione gry. Myszka była zła. Kłócą się często. Bywają tygodnie milczenia. On znika z domu na kilka godzin, nie mówiąc, dokąd wybywa. Gdy wraca, czasem coś bąknie pod nosem, czasem wraca pijany bełkocząc, jakie ma nieudane życie. Niejeden raz wywrócił się w holu, w łazience, czego świadkiem były dzieci. W domu popija regularnie. Bo jest nieszczęśliwy. Chowa butelki w swojej szafie z ubraniami, do której ona nie ma prawa zaglądać. W biblioteczce za albumami ze zdjęciami dzieci również.
Zakupy do domu robi ona. Jeździ autobusem do i z pracy. Od wielkiego dzwonu taksówką z siatkami, bo szkoda pieniędzy. Na auto dla niej szkoda pieniędzy. On jeździ kupionym za wspólne pieniądze wypasionym autem. Auto jest tylko jego. Dbanie o dom, urządzenie, utrzymanie w czystości, wszzelkie domowe zajęcia – ona. Szkoda pieniędzy na panią do pomocy w sprzątaniu. Przecież zdrowa jest, da radę sama. A on? On ma przegląd auta albo coś ważnego musi załatwić na mieście albo mecz albo skoki narciarskie albo impreza firmowa albo nie ma siły, bo jakieś przeziębienie go dopadło i czeka na herbatkę z sokiem i obiad z deserem. Dziećmi zajmuje się Ona. On nie ma cierpliwości do dzieci. Zresztą, to kobieta przecież jest od wychowania dzieci. On jest głową rodziny. Ma mieć szacunek i posłuch. I spokój.

Słuchając, czytając raczej nie ma wątpliwości, że to toksyczna relacja. Związek trwa blisko 10 lat. Ona jest traktowana tak jak opowiedziała. Jej potrzeby psychiczne, emocjonalne, fizyczne są niezaspokojone. Ból, jak wspomniała, jest dotkliwy, ale wydaje się mniejszy niż ból na myśl o życiu bez męża. Czy raczej bez partnera u boku. Najgorsze znieważenie, iluzja bycia z kimś czy tzw. bycie w związku zdają się być lepsze niż konfrontacja z życiowym bądź co bądź rozczarowaniem, wewnętrzną pustką, bólem, przez lata usilnie tłumionym.

Ona jest jednym z trojga dzieci alkoholika i współuzależnionej. W domu były częste awantury, kłótnie, wyzwiska, poniżanie mamy, sióstr. Mama znosiła to, przymykała oczy także na to, że ojciec bił córki, nie tylko po alkoholu. Ale jak słyszały dziewczynki od mamy, tak musi być, w sumie nie jest źle, inni mają gorzej. Rodzice w pewnym sensie zniknęli z jej życia. Ojciec odszedł od mamy, gdyż pewna pani z sanatorium zaopiekowała się tatą. Mama po tym zamknęła się w sobie całkowicie. Była emocjonalnie niedostępna. Młodszymi siostrami zajęła się Ona, jako najstarsza. Trauma i ogromna mroczna dziura, wywołana brakiem poczucia bezpieczeństwa, rodzicielskiej miłości, przemocą, niedojrzałością emocjonalną rodziców, bezradnością, pozostały.

Rodzice jej męża są zamożnymi ludźmi, bez nałogów. Nadopiekuńcza, mocno kontrolująca matka, wydzwaniająca kilka razy dziennie do swojego blisko 40 letniego syna, nieobecny fizycznie i emocjonalnie ojciec, który żyje, jak napomknęła ona, wspomnieniami swojej młodości i beztroskich lat. A syna, o ile znajduje czas na rozmowę z nim, traktuje jak pięciolatka, którego niezmiennie strofuje w każdej sprawie. Nawet w święta. Nie było przemocy fizycznej. Była przemoc ekonomiczna, złość, gniew, frustracja, wieczne pouczanie, porównywanie, krytyka, dyscyplinowanie, ekonomiczne spojrzenie na życie i ludzi, brak jakichkolwiek wzorców troski, czułości, miłości rodzicielskiej, miłości partnerskiej, męskiego wzorca godnego naśladowania, odcisnęły swoje piętno.

Dzieci wychowane w dysfunkcyjnych rodzinach, choć same nie muszą być uwikłane w uzależnienia, kompulsywne i patologiczne zachowania, w swoim dorosłym, uczuciowym życiu często nie potrafią stworzyć zdrowej relacji – innymi słowy wspierającej, budującej, respektującej podstawowe potrzeby każdej ludzkiej istoty.

Toksyczne relacje o charakterze uzależnieniowym (przynajmniej jednemu partnerowi wydaje się, że nie może funkcjonować bez drugiego) powstają nie tylko dlatego, że są budowane z wadliwych elementów, tworzone przez osoby z nieuświadomionymi, aktywnymi emocjonalnymi brakami, okaleczeniami, inne po prostu być nie mogą. Taka relacja ma swój cel, a uwikłane w nią osoby odnoszą pokrętne korzyści. Chodzi zwykle o odtworzenie i przeżycie na nowo najbardziej drażliwych, bolesnych aspektów dzieciństwa, z nadzieją, że tym razem uda się wypełnić te braki miłości, które powstały w przeszłości, co jest to z góry skazane na niepowodzenie. A dlaczego? Bo stanowi próbę wymuszenia uczucia od ludzi, którzy zaabsorbowani swoimi własnymi problemami, uzależnieniami czy deficytami nie są w stanie go zapewnić.

Strategia kopiowania więzów ze znaczącym rodzicem (zwykle układa się to w pary syn-matka, córka-ojciec) jest działaniem nieświadomym. Inna sprawa, że wymaganie, by dorosły partner zrealizował wszystkie niewypełnione / niespełnione zadania / zachowania rodzica są mrzonką, a uleczenie ran doznanych w dzieciństwie niemożliwe. Te rany i deficyty mogły być wypełnione w dzieciństwie, przez rodziców, ew. innych bliskich dorosłych. Nikt będący wewnątrz swego rodzaju układu nie ma takiej wiedzy, a często również pojęcia, że chodzi o odgrywanie scen z odległej przeszłości, a nie o teraźniejszość.

Raniące związki – w odniesieniu do konstelacji miłosnych, partnerskich, narzeczeńskich, małżeńskich – to relacje, które zamiast pomagać w rozwoju, uskrzydlać, uszczęśliwiać, niszczą, roznosząc truciznę na wszystkie pozostałe sfery życia. Wycinają z życia, odbierają radość. Bowiem człowiek skupiony na niezaspokojonych potrzebach, na nieodwzajemnionej lub niedostatecznie odwzajemnionej miłości, którą próbuje uzdrowić, uzdrawiając swego partnera mając złudzenie, którego zresztą wcale nie chce się pozbyć, że jest to możliwe, nie jest w stanie normalnie funkcjonować w swoim środowisku i wypełniać ról społecznych. W pewnym sensie, na określonym etapie tej „choroby” o to właśnie chodzi. To kolejny negatywny, nieświadomy cel takiego układu. Toksyczna relacja wspiera dysfunkcję, emocjonalne okaleczenie, pomaga odciąć się od problemów nawarstwionych w przeszłości. Zajmując się teraźniejszymi kryzysami, człowiek uwikłany w trujący związek niejako nie musi czuć ran zadanych w dzieciństwie, nie musi się z nimi konfrontować i leczyć ich. Świadomość prawdziwych przyczyn problemu tym samym oddala się.

Pojęcie winy w tego typu niedojrzałych relacjach wydaje się być nieadekwatne do zachodzących mechanizmów. Partnerzy sami siebie wybierają, dobierają się na zasadzie kompatybilności dysfunkcji. Innymi słowy swój swego znajduje. Alkoholik, pracoholik, seksoholik lub inny holik połączy się z osobą współuzależnioną lub na współuzależnienie podatną, nałogowiec kochania spotyka się z nałogowcem unikania bliskości. Partnerzy tacy pasują do siebie w takim sensie, że spełniają swoje najgłębsze potrzeby psychologiczne.

Czym taki układ różni się od zdrowej relacji i miłości? Wszak tu też chodzi o dawanie siebie, opiekowanie się i przyjmowanie opieki, troszczenie się i wdzięczność za troskę. Przynajmniej z założenia.

Jednak w zdrowym, dojrzałym związku role te są wymienne i dobrowolne. Małżonkowie, narzeczeni czy partnerzy realizują te postawy a konto wybranki/wybranka obopólnie. Potrzeby każdej ze stron są tak samo ważne, pozycje równorzędne.

Gdy jesteś zmęczona/y, biorę na jakiś czas część twoich zadań na siebie, gdy coś cię przygnębia lub martwi, okazuję zainteresowanie i wspieram. Gdy jestem chora/y, ty troszczysz się o mnie, przynosisz lekarstwa, gotujesz obiad. Gdy osiągam sukces, cieszysz się razem ze mną i vice versa. Gdy rozwijasz swoje pasje, ja też zaczynam się choć troszkę tym interesować. Choćby po to, by sprawić ci przyjemność i móc zamienić zdanie w tym temacie. Skoro to dla ciebie ważne, chętnie dowiem się więcej na ten temat. I tu zasada wzajemności mile widziana. Gdy jesteśmy uważni na siebie nawzajem, znajdujemy czas na codzienne rozmowy nie tylko bąknięcia o wydatkach, zakupach, problemach z dachem, samochodem czy dziećmi.

W niedojrzałym, niszczącym związku ta wymiana jest poważnie zakłócona albo jej brak. Role rozdane, przyporządkowane. W takim układzie nie może się za bardzo zmienić, bo nastąpi rozpad. A mimo, że jest nie do wytrzymania, strony na rozpad nie mogą, nie chcą latami sobie pozwolić. Im bardziej zagmatwany, wyniszczający emocjonalnie układ, tym trudniej się z niego uwolnić.

Możliwość odegrania scen z przeszłości i zdobycia wreszcie tego wszystkiego, czego wtedy nie udało się uzyskać, bywa silną pokusą, by z niej zrezygnować. Zwłaszcza, że te igrzyska odbywają się na płaszczyźnie nieuświadomionej. Jeśli jedno z pary na bazie przeszłych, bolesnych doświadczeń wyuczyło się we wczesnym dzieciństwie, że nie może ufać własnym odczuciom, bo nic nie jest w domu jednoznaczne, rodzice kwestionują fakty, równocześnie twierdząc, że rzeczywistość taka właśnie jest, że nie zasługuje na nic dobrego i nie jest warte miłości, skoro mimo starań, rodzic nie okazuje uczuć, nie zmienia się, nie przestaje pić, imprezować do rana, nadal jest mentalnie bardziej dziecinny niż jego dziecko albo nadal pozostaje despotą/tyranem/przemocowcem, a negatywne, raniące, bolesne zachowania partnera (dawniej jednego z rodziców) są oznaką choroby i że należy na nie odpowiedzieć jeszcze większą dawką opieki/troski, teraz, gdy to wszystko znów się dzieje, jest znikoma szansa, by przestało to robić. Stare mechanizmy/reakcje odpalone. To nakręca się samo.

Między partnerami tej wymiany było też zapewne coś dobrego i pociągającego. Fascynacja, jakieś wyobrażenie, jakieś nadzieje. Choćby na początku. Osoby starające się o miłość, choć od dawna nie doznają żadnych pozytywnych bodźców, mają wciąż w pamięci tamte pierwsze doświadczenia. Wyolbrzymiają je, hołubią, rozpamiętują licząc, łudząc się, że nadejdzie czas i je powtórzą. Wystarczy może jeszcze bardziej się postarać, a może on/ona się zmieni albo akceptować wszystko jakie jest, to może wróci to co było miłe, dobre.

Samodzielnie trudno jest dostrzec, że jest się w związku bez perspektyw, a jeszcze trudniej wydostać się z takiego związku. Wszystkie mechanizmy obronne skupiają się bowiem na utrzymaniu raniącej więzi. Jeśli nawet związek się rozpadnie, pomimo usilnych starań jednej ze stron, zwykle szybko tworzy ona podobną relację. Z kimś innym, ale równie pasującym do jej zaburzeń, tak samo odpowiadającym jej potrzebom odgrywania bolesnej przeszłości.

Wyjściem jest uświadomienie sobie tych zależności, w kolejnym kroku nauczenie się radzenia sobie z brakami, wypełnienia braków i ran z przeszłości przez samą/samego siebie. Najczęściej zalecana jest terapia – indywidualna lub grupowa. Często DDD albo DDA. Warto taką terapię wziąć pod rozwagę. Dla siebie. I terapia dla dziecka, jeśli doświadczyło toksycznych relacji w domu. By ono mogło wejść w dorosły świat i stworzyć szczęśliwy, zdrowy związek.

Poza uświadomieniem sobie i nauką konkretnych zachowań, skuteczne leczenie wymaga aspektu duchowego. Chodzi raczej o odnalezienie i pogłębienie więzi z sobą, od podstaw, zbudowanie swoistego duchowego, wewnętrznego systemu bezpieczeństwa. Bowiem w przypadku skłonności do wchodzenia w raniące, toksyczne relacje, podobnie jak z uzależnieniami, pomoc nadchodzi, gdy się poddamy czemuś silniejszemu niż uzależnienie i niż my sami.

Uzdrowienie jest możliwe. Otwartość na zmianę wielu aspektów życia, poprzez zrewidowanie własnych przekonań, schematów, swego rodzaju skryptów, które dotychczas dominowały, a także dzięki prześwietleniu i odbudowaniu, od podstaw, swojego systemu wartości i wiary w siebie.

Mimo tego, że niektórych świat uczynił niezdolnymi do zdrowych relacji, to w istotnej części proces ten jest odwracalny. Warto zadbać o siebie, dla siebie. Jeżeli są dzieci, to także z myślą o nich warto uwolnić się z toksycznego związku, odbudować siebie, swoje poczucie wartości, pewność siebie i pokazać na swoim przykładzie dzieciom, że można wyjść z błędnego koła. Można i warto otworzyć się na nowe, można prawdziwie kochać i być kochanym. Można być pełnym życia i radości, szczęśliwym człowiekiem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *