Coaching,  CZYTELNIA

Wahadło emocjonalne

Kolejne spotkanie i kolejna historia. O wzlotach i upadkach. Każdy doświadczył momentu w swoim życiu, kiedy spełnia się jego marzenie. Jest radość, triumf, ekscytacja, poczucie dumy, satysfakcji, błogostan, bo marzenie zmaterializowało się. Pojawia się kolejne albo po dłuższym lub krótszym czasie następuje nie wiedzieć czemu spadek nastroju. Bywa też i tak, że po miłym wydarzeniu zadziewa się doświadczenie nieprzyjemne, któremu trudno czasem stawić czoła a tym bardziej je zaakceptować czy puścić w niepamięć.
 
Przechodząc do historii wzlotów i upadków mojego rozmówcy – Leon (imię zmienione) ma blisko 50 lat. Dotąd dłużej był związany z jedną kobietą. 10 lat. Pierwsze lata fantastyczne, romantyczne, beztroskie. W sformalizowanym związku szczęście już trwało krótko. Po urodzeniu dziecka przyszła proza życia. Zmęczenie obowiązkami. Żona z czasem stawała się coraz bardziej wymagająca, roszczeniowa, krytyczna, zaborcza i kontrolująca. Znosił to. Nie był w stanie jej zadowolić na żadnej płaszczyźnie. Niewiele w niej pozostało z kobiety, z którą spędził wiele pięknych dni i nocy. Bywały ciche dni przeplatane kłótniami, awanturami. W czasie jego kryzysu zawodowego, partnerka sponiewierała werbalnie, jak powiedział, jego męskość, ambicje i uczucia. Była bezwzględna. Postanowił odejść, chcąc zachować resztki swojej godności. Rozstanie było bardzo emocjonujące.
Poczucie życiowej porażki towarzyszyło mu długi czas. Rzucił się w wir nowej pracy i imprez. Odreagowywał w różny sposób. Minęło kilka lat.
 
Leon realizuje się zawodowo. Ma na koncie studia wyższe i liczne podyplomowe na topowych uniwersytetach. Potwierdził, że chciał coś udowodnić tymi podyplomówkami. Po przejściowych zawirowaniach zawodowych w czasie których miał poważne huśtawki emocjonalne, kiedy doświadczał „wsparcia” żony, po dłuższej nieobecności na tzw. rynku wypłynął w korporacji. Radzi sobie dobrze na stanowisku managerskim, wzbudzając sympatię kolegów i podziw koleżanek. Leon w korpoświecie czuje się jak ryba w wodzie. Tu miewa górki, rzadko lekkie dołki. Sprawiają mu przyjemność spotkania biznesowe. Bawią go kobiety, które sprytnie wykorzystują swe atuty i rozmaite okazje, by się zbliżyć, by coś sobie ugrać na ścieżce kariery.
 
Poza pracą Leon ma swoje sportowe hobby, zajęcia, którym kilka razy w tygodniu poświęca czas, by zachować względnie przyzwoitą linię, jak powiedział z zawadiackim uśmiechem. W weekendy lubi zabawić się z kolegami w ulubionych klubach. Znajduje też czas dla syna, który jest z nim emocjonalnie bardzo związany. Także dlatego, jak powiedział, że matka nastolatka skupia się na sobie, swojej karierze i nieustannym pomnażaniu swojego majątku. Syna, podobnie jak jego ojca, owiewa chłodem, obojętnością. W czasie okazjonalnych konwersacji matka zazwyczaj wypytuje, krytykuje lub dyscyplinuje. Syn lgnie do ojca bardzo. Padło pytanie, czy to czego sam doświadczył w relacji z żoną i czego doświadcza jego syn, przypomina mu relacje z jego dzieciństwa. Ale to osobny temat.
 
Leon po ok. roku od rozstania z matką swojego syna związał się z tzw. dobrą partią – kolejną silną, ambitną kobietą, robiącą karierię w jednym z ważnych urzędów, którą chętnie chwalił się znajomym. Na profilu FB umieścił kocie focie. Duma, radość, ekscytacja, poczucie, że szybuje po bezchmurnym niebie. Oboje roztaczali wizję wspólnej przyszłości mlekiem i miodem płynącej. Jak się jednak okazało kilka miesięcy po rozpoczęciu „wspólnego” życia, pani była mężatką, o czym zapomniała wspomnieć. W zasadzie rozminęła się z prawdą. Pojawiło się pytanie. Ile z tego, co opowiedziała o sobie jest prawdą? Nie był jedynym, był jedną z jej opcji. Rozgoryczony, oszukany, zakończył i ten związek. I znów poczucie porażki. Złość i gniew. Ucieczka w pracę, kolekcjonowanie dóbr materialnych, rozrywki, używki, konsumowanie z hasłem carpe diem.
 
Postanowił, że nie będzie się angażował w żadne związki, że relacje damsko-męskie odtąd będą przelotnymi znajomościami, by uniknąć kolejnego zranienia, rozczarowania, przykrości, manipulacji, kłamstw. Zdecydował, że to on będzie rozdawał karty grając na cudzych emocjach. Korzystał aktywnie z rozmaitych portali. Zarzucał swe sieci w sieci. Łowił i znikał. Łowił i znikał. Mamił, adorował, snuł bajki, opowieści, wykorzystując zawierane znajomości dla zaspokojenia swoich, jak przyznał, pierwotnych instynktów. I tak funkcjonował kilka lat.
 
Któregoś popołudnia którejś soboty czy niedzieli jeszcze „wczorajszy” spojrzał na swoje odbicie w lustrze. Dotarło do niego, co robi sobie i kobietom. Jakim żałosnym pajacem, trollem emocjonalnym się stał. Markowe ubrania, dodatki, gadżety, nowa wypasiona fura nie czynią z niego mężczyzny ani tytuły, sportowe umiejętności ani wymuskana fryzura ani jego męskie rysy, przypakowane ciało. Uświadomił sobie, że wiele w nim z chłopca z mocno zachwianym poczuciem własnej wartości, któremu trudno jest żyć samemu z sobą, który nadrabia tym i tamtym, a tak naprawę krzywdzi siebie i rykoszetem innych. W czasie rozmowy okazało się, że doświadczenia z dzieciństwa miały i mają wpływ na jego decyzje, relacje, reakcje, na poczucie wartości, na jego życie.
 
Zapytał po przerwie na papierosa czy nie za późno, by ogarnąć siebie, swoje emocjonalne wahadło no i czy starczy mu czasu, by stworzyć zdrowy, dojrzały związek. Tak jak nigdy nie jest za późno na odbudowanie swojego poczucia wartości, odnalezienia siebie, swojej drogi i podążania nią z radością w sercu czy na oswojenie swojego wahadła emocjonalnego, tak nigdy nie jest za późno na szczęśliwy związek, oparty na szacunku, codziennej uważności.
 
Wiele osób funkcjonuje w podobny sposób w codzienności. Euforia, fascynacja, zawirowanie jak na karuzeli, a potem zjazd do „bazy” albo jeszcze niżej, gdy nadciąga to, na co brak zgody, gotowości. U wielu osób, które wygrały w kumulacji w totka niebotyczne sumy pojawiała się dzika radość, ekscytacja, fajerwerki emocji. W dłuższym lub krótszym czasie przetracane te pieniądze, tracony też kontakt z sobą, rzeczywistością, pojawiały się poważne problemy różnej natury. Rozpadały się związki, rodziny, przyjaźnie. Skutki bywały opłakane.
 
Życie większości przypomina sinusoidę emocjonalną. Góra to nagrody, dyplomy, przebiegnięte maratony, zdobyte szczyty, sukcesy zawodowe, osobiste, romantyczne spotkania, wymarzone zaręczyny, piękne zaślubiny, narodziny dziecka, ale też momenty natchnienia, ekstazy w dosłownym i przenośnym znaczeniu tego słowa. Wyśnione, wymarzone, wychodzone, wybiegane, wypracowane i te zesłane z nieba. Po górce przychodzi prędzej czy później dołek. Bywa, że im wyżej poszybowałeś, tym niżej spadasz, dziwiąc się w locie, co się właściwie dzieje. Przypominasz sobie napisy końcowe wielu filmów, które kończą się przecież dobrze albo zdanie, którym kończą się bajki: „I żyli długo i szczęśliwie”. Pojawia się frustracja. Bo przecież ta Twoja historia wydawała się wspaniała, wyjątkowa, a tu zonk. Za czas jakiś doświadczasz czegoś miłego i kolejny zonk, potem znów coś pozytywnego i kolejny zonk.
 
O zależności między wzlotem a upadkiem, posługując się metaforą wahadła, napisał m.in. Adyashanti – nauczyciel duchowy w zbiorze wykładów zatytułowanym „Tańcząca Pustka”. Obserwował tych, którzy starali się wspinać na szczyty duchowe, na wyprawach, w klasztorach i na salach do medytacji, poszukując drogi do siebie. Często istotą tych poszukiwań jest złudzenie, że można zacząć żyć na duchowym haju, w stanie permanentnego upojenia, wystarczy tylko odpowiednio długo medytować albo słuchać muzyki do medytacji, na przykład, a po wzlocie nieuchronnie następuje upadek.
„Kiedy przez dłuższy czas doświadczasz tych wzlotów i upadków, zaczynasz rozumieć, że być może doświadczenia duchowe to po prostu wychylenie wahadła, po którym nastąpi „dół” (…) Zaczynasz zdawać sobie sprawę, że nie da się utrzymać wahadła w tylko jednej pozycji, ponieważ jego naturą jest ruch w dwie strony. Nie da się przygwoździć wahadła w jednym tylko punkcie”.
 
Elizabeth Gilbert, autorka m.in. książki „Jedz, módl się, kochaj” wspomniała o tańczących wieki temu na pustyniach północnej Afryki, którym zdarzało się wpadać w trans i poruszać w sposób tak natchniony, że widzący ich ludzie zaczynali skandować imię Boga. „Trudniejsza część przychodzi następnego ranka dla samego tancerza, kiedy budzi się i odkrywa, że jest wtorek, godzina 11 i nie jest już przebłyskiem Boga. Jest tylko starzejącym się śmiertelnikiem ze zrujnowanymi kolanami i być może już nigdy nie wzniesie się na ten poziom. Być może już nigdy nikt nie będzie wzywał Boga podczas jego tańca – i co wtedy ma zrobić z resztą swojego życia?”.
Elisabeth ma na to, jak napisała, sprawdzone rozwiązanie – nie utożsamiaj się z wielkością swojego dzieła, sukcesu. To, że zawiało w Twoją stronę geniuszem, nie znaczy, że Ty sam nim jesteś. Radzi, by traktować to, że akurat na Ciebie padło napisanie tej książki, namalowanie obrazu, jako pożyczkę albo przypadek.
 
Jakiegokolwiek by szukać rozwiązania, życie jest pełne miłych i tych miłych inaczej doświadczeń. We wszystkim warto zachować zdrowy dystans, nie ekscytować się fajerwerkami w życiu i wyhamowywać pikowanie w sytuacjach, gdy fajerwerków brak, zmoczyły się, gdy ich zabrakło albo gdy naszym udziałem stały się zdarzenia, których nie (za)planowaliśmy.
Ważna jest w codzienności znajomość siebie, poczucie własnej wartości, samoakceptacja i empatia. Zdrowy balans emocjonalny, dystans do wszelkich zdarzeń wokół nas i nas dotyczących bezpośrednio zdaje się być dobrym kierunkiem.
 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *